Mindf*ck

Skończyłem czytać „Mindf*ck” Christophera Wylie (sygnalisty z Cambridge Analytica). Późno, ale afera Cambridge Analytica nie była dla mnie czymś nadzwyczajnym, nowym i szczególnie oburzającym.

Pracowałem w mediach, pracowałem w PR, byłem czynnie zaangażowany w działalność polityczną. Dlatego to, co się wydarzyło w latach 2014 – 2016 nie dziwiło mnie i nie było czymś zaskakującym. Ot nowe czasy i technologie stworzyły nowe narzędzia dla manipulacji i propagandy.

To, co mnie poruszyło, jest opisane pod koniec książki. W jak dużej i perfidnie zastawionej pułapce tkwimy na własną prośbę. Wylie opisuje jak wygląda sytuacja człowieka z dnia na dzień odciętego od mediów społecznościowych. Facebook, w odwecie za ujawnienie wycieku danych, zlikwidował jego konta na FB i Instagramie.

Mówi się, że jak kogoś nie ma na FB, to nie istnieje albo o cyfrowej śmierci. Dotychczas nie zdawałem sobie sprawy jak wiele w tym prawdy. Kiedy nagle znika się z FB, to natychmiast przestaje się uczestniczyć w życiu towarzyskim. I nie z powodu ostracyzmu, ale po prostu dzisiaj życie towarzyskie toczy się w social mediach. Tam dostaje się zaproszenia na imprezy, wieści z życia bliskich i dalszych znajomych. Człowiek nieobecny w socialu wypada z kręgu.

Co zrobić, jak żyć? Z własnego lenistwa i ignorancji doprowadziliśmy do sytuacji, w której nie potrafimy się już obejść bez jakiegoś konta w social mediach. Z zapałem tworzymy nasze cyfrowe tożsamości i beztrosko oddajemy zarządzanie nimi cyfrowym platformom.

Wylie używa celnego porównania z życiem w szafie przez osoby nieheteronarmatywne, które ukrywają swoją orientację i starają się dopasować do oczekiwań społeczeństwa. Dziś my wszyscy podłączeni do social mediów żyjemy w takich szafach i kształtujemy swoje cyfrowe tożsamości pod dyktando oczekiwań algorytmów.

Niestety nie ma niebieskiej pigułki, którą można połknąć i obudzić się poza Matrixem. Kluczem jest świadomość sytuacji w jakiej się znaleźliśmy. Musimy po prostu nauczyć się żyć na styku światów fizycznego i cyfrowego, mając świadomość jak oba wpływają na siebie.

Dla mnie to właśnie największa korzyść z przeczytania „Mindf*ck”. To delikatne przebudzenie, które spowodowało natychmiastowe usunięcie wszystkich „socialowych” aplikacji ze smartfona i tabletu oraz przeprosiny z VPNem. Nie mam opcji odłączyć się od tego Matrixa, ale przynajmniej częściowo mogę w nim funkcjonować na moich warunkach – w tym wypadku np. przez zwykłą przeglądarkę.

Żyję już na tyle długo, żeby obserwować social media od chwili ich narodzin. Od samego początku zdumiewa mnie jak wiele firm i przedsięwzięć biznesowych oparło swoje istnienie o konta na platformach internetowych. Od zawsze mnie to fascynowało, jak łatwo powierzyć istnienie swojego biznesu platformie i być zdanym na łaskę i niełaskę anonimowych algorytmów. Początkowo myślałem tylko o firmach, które przekierowały na FB czy Twittera całą swoją komunikację, zupełnie porzucając firmowe www. Ale coraz więcej firm nie tylko komunikuje się przez social media, ale na nich opiera cały swój model biznesowy.

Dzisiaj można postawić odważne pytanie, czy firma, która działa tylko w ekosystemie np. Facebooka należy faktycznie do jej założyciela, czy może jednak to Zuckerberg jej faktycznym właścicielem? I co zrobią np. firmy zarabiające na prowadzeniu komunikacji i reklamach w social mediach, jeśli jutro Facebook zostałby wyłączony, a jest to potencjalnie możliwe, bo jakby nie patrzeć to też jest zwykła firma. Czy będzie płacz i zgrzytanie zębami i oczywiście obwinianie wszystkich dookoła (zwłaszcza państwa, które nie obroniło biznesu, jak w przypadku Amber Gold)?

Sytuacja na pewno wymaga uregulowania. I nie wolno dać sobie wmówić, że prawo nie nadąża za nowymi technologiami. To wytrych, za pomocą którego dolina krzemowa włamuje się do naszych umysłów. Wystarczy oprzeć się na uniwersalnych normach etycznych i wtedy żadne prawo nie będzie przestarzałe wobec nowych modeli biznesowych.

Być może czas też już najwyższy, aby zacząć traktować pewne obszary działalności jak inne, które udało się uregulować. Wystarczy określić, że każde przedsięwzięcie internetowe, które opiera się na przetwarzaniu danych użytkowników wymaga uzyskania licencji. Tak jak w przypadku telewizji czy radia. Na pewno warto o tym podyskutować i myślę, że to o wiele lepszy krok w stronę uregulowania cyfrowego świata niż próby fiskalne, które z założenia da się obejść.

0 komentarzy:

Dodaj komentarz

Chcesz się przyłączyć do dyskusji?
Feel free to contribute!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *